Wściekłość traw

„WŚCIEKŁOŚĆ TRAW” – FELIX CLINT

Justyna, Agnieszka, Patrycja, Nina, Weronika, Michał, Sławek, Stanisław – żyją w tym samym mieście, niektórzy mieszkają w jednym bloku. Część z nich się zna, część nie. Wszystkich łączy jednak tajemniczy Franciszek, mężczyzna skryty, intrygujący, nieposiadający przeszłości ani przyszłości. Kim jest? Skąd się wziął? Dlaczego ciągle czyta te same książki? Czego dotyczą zapiski w jego notesie? Kim są odwiedzające go kobiety? Jaki sekret skrywa Franciszek?

CHAOS KONTROLOWANY

Felix Clint wprowadza czytelnika we „Wściekłość traw” bardzo enigmatycznie. Pierwsza połowa książki jest niezwykle tajemnicza i zagmatwana. Pozornie niesplatające się wątki, przeskoki pomiędzy bohaterami, zaburzenia chronologii – to wszystko dodaje „Wściekłości traw” intrygującego wymiaru, który zachęca do dalszej lektury, a umiejętnie poprowadzona „zawiłość” nie przytłacza, tylko wciąga i rozbudza apetyt na rozwiązanie zagadki Franciszka.

Ten kontrolowany chaos zmienia prostą powieść obyczajową w historię z elementami dreszczowca, dramatu psychologicznego i czegoś, co ja określam mianem „mindfuck”. Czytelnik pieczołowicie zbiera okruszki całości, próbuje je zgrabnie połączyć, zastanawia się jak dopasować elementy, a ostatecznie i tak jest zaskoczony wynikiem i pełnym obrazem tragedii Franciszka. Wyjaśniająca się w połowie „Wściekłości traw” sytuacja sprawia, że druga część opowieści staje się dla czytającego jeszcze bardziej interesująca.

Wściekłość traw

PRAWDZIWA ENIGMA

Niestety, właśnie od tej drugiej części wszystko zaczyna się psuć. Chociaż Felix Clint zdradził już największą tajemnicę powieści, to jednak nie zrezygnował z enigmatycznej konstrukcji, która tak jak wcześniej intrygowała, tak teraz zaczyna męczyć. Zamiast pozwolić „Wściekłości traw” być tym, czym naprawdę jest (czyli dramatem obyczajowym), pan Clint uparcie trzyma się konwencji zawiłości i w efekcie zaczyna swoją powieścią przytłaczać.

O wiele ciekawiej (i wygodniej dla czytelnika) byłoby przedstawić drugą połowę historii prosto i bez zbędnych udziwnień. Nie wiem, czy pan Clint dał się za mocno wciągnąć idei zagmatwania, czy po prostu zabrakło mu chęci do poprowadzenia klasycznej fabuły (pod płaszczykiem tajemniczości łatwo ukryć rzeczy, na opisanie których nie ma się pomysłu), ale w drugiej części „Wściekłości traw” coś ewidentnie nie zagrało.

ŚLICZNIE, ALE POŁOWICZNIE

„Wściekłość traw” to książka połowiczna – w pierwszej połowie bardzo dobra, w drugiej kiepskawa. Często zdarza się, że to właśnie początek powieści nie zachwyca, a kolejne rozdziały i rozwijająca się fabuła przyciągają do lektury. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – zaczyna się świetnie, a później jest tylko gorzej. Osobiście bardzo tego żałuję, ponieważ sam pomysł na historię mi się podobał. Mam nadzieję, że przy kolejnych książkach pan Felix Clint poprawi wszystkie błędy. 🙂

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ

1 komentarz

  1. Trzeba jednak przyznać, że „Wściekłość traw” to książka, która przyciąga i zachęca do lektury już samym opisem. I choć faktycznie – rozwiązanie znajdujemy mniej więcej w środku powieści, to jednak warto dotrzeć do końca. Polecamy! 🙂

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Zaznaczone pola są wymagane. *