„TAJEMNICA MIRTOWEGO POKOJU”

Rosamond Traverton, pani dworu Porthgenna Tower w Kornwalii, jest umierająca. Przed śmiercią kobieta chce wyjawić mężowi swój najgłębiej skrywany sekret, jednak tchórzy podczas ich ostatniej rozmowy. Sumienie Lady Traverton wymyśla zatem inny sposób – kobieta zmusza swoją pokojówkę, Sarę Leeson, do napisania listu, w którym wyznaje całą prawdę. Związana przysięgą Sara nie może zniszczyć listu ani wynieść go z dworu. Pokojówka nie ma jednak zamiaru przekazywać tajemniczej korespondencji panu Travertonowi. Ukrywa list w niezamieszkanej części domu i po kryjomu wyjeżdża z Porthgenna Tower, a Rosamond Traverton umiera.

15 lat później córka państwa Travertonów bierze ślub z ociemniałym Leonardem Franklandem. Młode małżeństwo ma zamiar zamieszkać w Porthgenna Tower i wyremontować zapomniane skrzydło dworu. Tym samym małżonkowie przybliżają się do odkrycia strasznej tajemnicy, która wystawi na próbę ich miłość i zupełnie odmieni ich życie.

ZROZUMIEĆ MIRTOWY POKÓJ

Epoka wiktoriańska, w której rozgrywa się akcja powieści „Tajemnica mirtowego pokoju”, to czasy panowania słynnej królowej Wiktorii, okres rewolucji przemysłowej oraz potęgi imperialnej  Wielkiej Brytanii. To również czasy zaostrzenia różnic klasowych, a także rygorystycznej moralności, która nakazywała ukrywanie wszelkich uczuć. Kobiety klasyfikowano wówczas w dwóch kategoriach: kobieta idealna, czyli perfekcyjna żona, zawsze piękna, zadbana, bez reszty oddana mężowi oraz kobieta upadła, która zatraciła poczucie moralności i szuka rozrywki w cielesnych uciechach.

Zrozumienie norm społecznych panujących w epoce wiktoriańskiej ważne jest dla prawidłowego odbioru „Tajemnicy mirtowego pokoju”. Bohaterowie powieści pana Collinsa są bowiem uosobieniem tego czarno – białego i ograniczonego schematu. Damy z wyższych sfer (pani Traverton i jej córka) to piękne, wręcz służalczo oddane mężowi kobiety, które są w stanie dokonać wielu poświeceń, aby tylko podtrzymać jego zadowolenie. Zostały one sportretowane jako kobiety idealne. Sara Leeson zaś, pokojówka pozbawiona dobrego pochodzenia, symbolizuje kobietę upadłą. Zwiedziona przez własne instynkty, przez całe życie boryka się z cierpieniem i ludzką nieżyczliwością.

Tajemnica mirtowego pokoju

IRYTACJA SIĘGA ZENITU

Oczywistym jest, że u wiktoriańskich bohaterek pana Collinsa nie ma co szukać przebojowości i niezależności współczesnych kobiet. Chciałoby się jednak zobaczyć ich dobroć i charakterystyczne dla wysoko postawionej szlachty dobre wychowanie. Niestety – jedna z postaci swoim zachowaniem czyni lekturę „Tajemnicy mirtowego pokoju” wręcz nieznośną. Mowa tu o córce państwa Travertonów, ochrzczonej po matce imieniem Rosamond. Mimo wielokrotnych zapewnień autora o przyjaznym usposobieniu Rosamond, nie przejawia się ono ani w niegrzecznych odzywkach do służby, ani podniesionym tonie, którego bohaterka często używa. Chociaż nie, Rosamond ma swoje chwile dobroci. Nadmiernie spoufala się wtedy z pracownikami i w żadnym razie nie może uchodzić za damę z wyższych sfer. Dodając do tego poddańczy stosunek Rosamond do męża, otrzymujemy kobietę tak drażniącą, że najchętniej usunęłoby się ją z powieści.

Tytułowa tajemnica mirtowego pokoju również nie sprostała swojemu zadaniu. Jej rozwiązanie odwlekają w nieskończoność przydługie opisy rozterek bohaterów oraz sceny, które nie mają większego znaczenia dla głównej akcji. Ale może nie powinno uchodzić to za wadę powieści, bowiem sekret Lady Traverton bardzo łatwo odkryć samemu już w pierwszym rozdziale. A jeśli nie w pierwszym, to w połowie książki na pewno. Przewidywalność zagadki ratują nieco jej różnorakie konsekwencje, które jako tako przyciągają uwagę czytelnika. Trudno tu jednak mówić o prawdziwie angażującej powieści detektywistycznej.

ANI PRZESŁANIA, ANI TAJEMNICY

Pan Wilkie Collins należy do grona najbardziej cenionych pisarzy epoki wiktoriańskiej, jednak „Tajemnica mirtowego pokoju” moim zdaniem nie zalicza się do dzieł jego życia. Autor miał okazję przekazać coś w swej powieści, potępić irracjonalne postrzeganie kobiet, ale tego nie zrobił. Dobrze chociaż, że męża Rosamond wyposażył w ludzkie cechy, które okazały się ważniejsze od społecznych podziałów.

Z lektury „Tajemnicy mirtowego pokoju” nie wyniosłam właściwie nic wartościowego – nie zamierzam zmieniać się w kobietę idealną, nie dla mnie podziały klasowe, a młodej Rosamond mam po dziurki w nosie. Powieść nawet mnie specjalnie nie wciągnęła, bowiem tajemnicę stanowiącą główną atrakcję książki rozwiązałam bardzo szybko. Zapowiadającym się ciekawie tytułem jestem niestety mocno rozczarowana. 🙁

PS. Jeśli nie chcesz, aby Rosamond Frankland zaczęła na Ciebie krzyczeć, polub Biały Notes na Facebooku – przycisk znajdziesz u góry strony. 😉

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ

Jeden komentarz

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone gwiazdką. *