Świąteczne marzenie

„ŚWIĄTECZNE MARZENIE” – AMANDA PROWSE

Pochodząca z Wielkiej Brytanii Megan Hope jest samotną matką, która dzieciństwo spędziła w rodzinach zastępczych. Kobieta nigdy nie doświadczyła prawdziwej magii Świąt Bożego Narodzenia, dlatego bardzo by chciała, aby jej syn wyniósł z rodzinnego domu inne wspomnienia. Pieczony indyk na stole, stos prezentów pod choinką i pełna miłości atmosfera – tak właśnie Megan wyobraża sobie idealnie spędzony świąteczny czas.

Krótko przed świętami Meg zostaje wysłana w podróż służbową do Nowego Jorku. Początkowo niechętna wyjazdowi kobieta szybko zmienia zdanie, gdy na miejscu poznaje przystojnego architekta, Edda. Zabawny i szarmancki mężczyzna wydaje się spełnieniem wszystkich jej pragnień. Iskra zrodzona pomiędzy tą dwójką szybko przekształca się w płomienny i niezwykle intensywny romans. Tylko czy dzieląca Meg i Edda odległość nie stanie na przeszkodzie ich szczęściu?

WIELKIE NIE DLA MEGAN

Wiele razy zdarzyło mi się czytać powieść z ciekawie zapowiadającą się fabułą, która po kilku stronach lektury zaczynała mnie niesamowicie drażnić. Najczęściej przyczyną mojej irytacji była mało przebojowa albo nadmiernie wyidealizowana bohaterka, która swoją naiwnością i niezdecydowaniem przekreślała każdą szansę na obdarzenie jej sympatią. I tak też niestety było w przypadku Meg Hope z powieści „Świąteczne marzenie”. Na pozór Megan wydaje się postacią, z którą trudno się nie utożsamić – przeciętnej urody kobieta po przejściach, matka walcząca o lepszy los dla swojego syna, pracownica, która chęcią i zaangażowaniem osiągnęła zawodowy sukces. Problem zaczyna się jednak przy bliższym poznaniu osobowości Meg, a mianowicie jej nijakości i zakrawającej na absurd łatwowierności.

Po pierwsze – która racjonalnie myśląca kobieta dałaby wiarę miłosnym deklaracjom mężczyzny poznanemu niespełna dwa dni wcześniej? Po drugie – która kochająca matka wysłałaby syna na święta za granicę, a sama poleciałaby bez uprzedzenia do wyżej wymienionego faceta, traktując samą siebie jak najcudowniejszy prezent pod choinkę? Po trzecie – które odrzucane przez biologiczną matkę dziecko, przez lata zmuszane do mieszkania u obcych ludzi, przyjęłoby cudownie odnalezioną rodzicielkę pod swój dach bez słowa sprzeciwu i jeszcze udostępniło jej kartę do swojego konta bankowego? Przeczuwacie już jak to się skończy? No, to teraz macie odpowiedź na pytanie dlaczego nie lubię Meg.

Świąteczne marzenie

FACET JAK MARZENIE

Do pieca dokłada także wykreowany na chodzący ideał architekt Edd. Ja rozumiem, że interesujący mężczyzna powinien odznaczać się jakąś tam urodą, ale może warto by uczynić ją nieco bardziej rzeczywistą? Wysoki, umięśniony, wyglądający jak model, bogaty – czy naprawdę już zawsze będzie się nam wciskać, że tylko tacy mężczyźni są warci zainteresowania i wywrócenia dla nich całego swojego życia do góry nogami? I jeszcze te niemożliwie romantyczne pomysły Edda, te jego cukierkowe wypowiedzi, to trafione w punkt poczucie humoru – a potem kobiety się dziwią, że nie mogą znaleźć sobie odpowiedniego faceta. Jeśli nakarmione nierealną wizją ideału szukają drugiego Edda, to faktycznie nigdy go nie spotkają. Takich mężczyzn po prostu nie ma.

Cały związek Meg i Edda to historia, która nie miała szans się wydarzyć. Chociaż nie, wydarzyć się mogła, ale tylko w spontanicznej formie łóżkowej, bez dodawania do niej podniosłej miłosnej otoczki. Uczucia pomiędzy bohaterami rodzą się zdecydowanie za szybko i jakby znikąd. W jednej chwili sobie dogryzają, w drugiej piją wino, a w trzeciej kochają się na zawsze i po wsze czasy. Kto się czubi, ten się lubi, powiecie? Może i tak, ale na pewno nie w ciągu kilku godzin i nie z taką intensywnością. Książka rządzi się oczywiście swoimi prawami, ale – jak już wspomniałam – książka, która mogłaby mi się spodobać powinna odznaczać się przynajmniej minimalną dawką realizmu. W „Świątecznym marzeniu” go zabrakło.

ROMANS I NIC WIĘCEJ

„Świąteczne marzenie” Amandy Prowse to niby powieść o Bożym Narodzeniu, ale (głównie za sprawą nierozsądnych pomysłów szaleńczo zakochanej Meg) atmosfery świąt w niej nie czuć. Książka nie zalicza się również w pełni do powieści obyczajowych, bo za dużo w niej cukru, a za mało prawdziwego życia. „Świąteczne marzenie” to po prostu lekki romansik, okraszony rozmowami o wyjątkowym świątecznym czasie. Romansik, który – jak podejrzewam – spodoba się tylko fanom gatunku.

Wiele słyszałam o twórczości pani Amandy Prowse, wiele dobrego słyszałam i kiedy wreszcie zaczęłam lekturę najnowszej książki tej autorki miałam nadzieję na więcej. Niestety, z dobrych rzeczy dostałam tylko wyrobione i przyjemne do czytania pióro, a ze złych naciąganą fabułę, nierealnych bohaterów i całe mnóstwo przesadnej słodyczy. Nie wiem czy kiedyś jeszcze skuszę się na inne pozycje pani Prowse (prawdopodobnie nie), ale „Świątecznego marzenia” nie polecam. No chyba, że lubicie historie w takim klimacie – wtedy będziecie zadowoleni. 🙂

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ

2 komentarze

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Zaznaczone pola są wymagane. *