Savannah

„SAVANNAH” – EILEEN LOTTMAN

„Savannah” wygrzebałam kiedyś na stoisku taniej książki – zapłaciłam za nią okrągłą złotówkę. Mogłam przewidzieć, że cena ma odzwierciedlenie w jakości, ale skusił mnie całkiem zachęcający opis. Niestety, pierwsze podejście do tej pozycji zakończyło się porażką – książkę cisnęłam w kąt, nie doczytawszy jej do końca.

Rozmowa z Moniką z wcześniakowe.pl przypomniała mi o „Savannah” i moim czytelniczym grzechu – nie powinno się przecież na wstępie spisywać książki na straty, niezależnie jak kiepska by się wydawała. Z głębokim westchnieniem przełamałam się, otworzyłam na pierwszym rozdziale i… cóż, z tą powieścią prawie wszystko jest nie tak.

ZAPŁAKANE PRZYJACIÓŁKI I KICZ DO POTĘGI

Książka opowiada o losach trzech przyjaciółek: Lane, Peyton i Reese, które po kilku latach rozłąki spotykają się na ślubie tej ostatniej. Kobiety nie spodziewają się, że niebawem czeka je wiele życiowych zawirowań, sporo zawiedzionych nadziei i mnóstwo wylanych łez. Wszystko to doprawione domieszką tajemnic z przeszłości i zabarwione wątkami kryminalnymi. Brzmi nie najgorzej, prawda? Okazuje się, że nieprawda. „Savannah” to po prostu tandetne romansidło, regularny harleqiun, nie pozbawiony (delikatnej, ale jednak) erotyki. Tego typu opowiastki śmieszą mnie i odrzucają od niepamiętnych czasów. „Co kto lubi” – powiecie. Racja i może nie krytykowałabym „Savannah” tak bardzo, gdyby nie szereg popełnionych w niej błędów.

Zacznijmy od okładki. Wiem, nie po niej ocenia się książkę, ale okładka „Savannah” jest po prostu okropna. Krzykliwe, czerwone tło i kiczowata grafika z nie najlepiej wyglądającymi postaciami. Skoro jednak obrazek nie odrzucił mnie od zakupu, to załóżmy, że jest do przełknięcia. Nie do przełknięcia jest jednak masa błędów językowych, na które natrafiałam co krok. I to po kilka razy na te same! Leży interpunkcja, ortografia, stylistyka, składnia, zdarzały się nawet pomyłki w imionach bohaterów. 😛 Winą za to trzeba oczywiście obarczyć korektora, ale autorka powieści, odpowiedzialna za treść,  również zbytnio się nie popisała. Dlaczego?

Savannah

NIEZWYKŁE ZAGIĘCIE CZASOPRZESTRZENI

Eileen Lottman, poza ogólnym zarysem fabuły, nie miała pomysłu na swoją książkę. Podejrzewam, że dokuczał jej także brak wiedzy na tematy, które poruszała. Aby to ukryć, usiała „Savannah” przeskokami czasowymi, nie rozwijała wątków i niemalże „teleportowała” swoich bohaterów. Przykład? Peyton szykuje się do rozprawy sądowej. Akapit się urywa, a w następnym kobieta wychodzi z sądu jako strona wygrana. A gdzie konsultacje z prawnikami, zbieranie dowodów, może jakieś wewnętrzne niepokoje? Brak.

Takich kwiatków jest o wiele więcej, a dodatkowo pisarka zaczęła się w nich gubić. Ramy czasowe trochę jej się pomieszały i efekcie jeden z bohaterów próbuje kogoś zgwałcić, ma proces i trafia do więzienia w ciągu jednego dnia. Co ciekawe, został skazany bez skargi złożonej przez poszkodowaną. A tak w ogóle to więzienie (dokładnie tego określenia użyto) okazuje się aresztem i agresor za chwilę zostaje z niego wypuszczony. Magia!

SZKODA CZASU

Dziwi mnie, że znalazł się wydawca chętny do opublikowania „Savannah”. Dziwi mnie, że ktoś chciał ją przetłumaczyć. Być może w tytule drzemie iskierka potencjału, być może rozwinięcie wątków, dopisanie tego, co zostało pominięte i odejście od kiczowatej formy taniego romansu uratowałoby tę pozycję. Zabrakło jednak pomysłu, chęci i – co tu dużo mówić – talentu autorki. Nie polecam.

1 komentarz

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Zaznaczone pola są wymagane. *