Fallen Crest

„FALLEN CREST. AKADEMIA” – TIJAN MEYER

Hmmm… od dwóch dni siedzę i myślę co napisać w tej recenzji, bo napisać coś wypada, ale już dawno nie spotkałam książki, która wzbudziłaby we mnie tak ambiwalentne odczucia jak „Fallen Crest. Akademia”. Nie do końca wiem jak ocenić tę powieść, bo z jednej strony śmieszyła mnie przerysowanymi problemami, nużyła płytkimi bohaterami i rozczarowała cudaczym zakończeniem, ale z drugiej kartkowałam ją jak szalona, nie mogąc oderwać się od historii o seksownych braciach Kade i buntowniczej Samanthcie. I bądź tu człowieku mądry.

O DWÓCH TAKICH, CO MOGLI MIEĆ WSZYSTKIE

Braci Kade zna całe miasto. Mason i Logan, czyli młodzi, przystojni i bogaci uczniowie publicznego liceum w Fallen Crest. To oni urządzają najlepsze imprezy, to oni jeżdżą najdroższymi samochodami, to oni robią wszystko, na co przyjdzie im ochota. Mogą mieć każdą i korzystają z tego pełnymi garściami. Każda chce należeć właśnie do nich. Każda pragnie choć na chwilę znaleźć się w ramionach braci Kade.

Każda oprócz Samanthy Strattam, która po rozstaniu rodziców nie czuje już niczego. Ani bólu, ani radości, ani miłości, ani tym bardziej pożądania. Dziewczyna nie walczy o uwagę braci Kade, ale kiedy jej matka wiąże się z ojcem Logana i Masona, Samatha zostaje skazana na ich ciągłe towarzystwo. Początkowo niechętna przyszywanym braciom Samantha szybko odkrywa, że jeden z nich zaczyna działać na nią zupełnie inaczej i potrafi obudzić w dziewczynie najdziksze uczucia…

Fallen Crest

MŁODZIEŻY SEKSUALNE PODRYGI

Zacznijmy może od wad „Fallen Crest”, a tych jest całkiem sporo. Wspomniałam już o nijakich postaciach i właśnie do nich przyczepię się najbardziej. Tijan Meyer próbuje bowiem sprzedać czytelnikowi całkowicie bezbarwnych i do cna stereotypowych nastolatków w olśniewającym papierku po cukierku. Papierek jednak szybko traci kolory, a my przekonujemy się co naprawdę otrzymaliśmy. A cóż to takiego? Piękna szkolna buntowniczka, na którą leci każdy facet, dwóch perfekcyjnych przystojniaków z ego na Księżycu oraz mało rozgarnięta przyjaciółka głównej bohaterki, obowiązkowo gruba i brzydka, aby nie przyćmiewała gwiazdy książki. Aha, no i jeszcze królowa liceum, tyle samo śliczna, co wredna, która przewodzi elitarnej grupie uczniów. Jednym zdaniem typowy amerykański ogólniak, który można znaleźć wszędzie.

Kuleje także sama fabuła powieści, przedstawiona dość melodramatycznie, a jednak pozbawiona większej głębi. W „Fallen Crest” odnajdziemy co prawda zdrady, zawiedzione zaufanie, sekrety rodzinne i gwałtowne sprzeczki, ale tak naprawdę niewiele z tego wynika, bo każda scena prowadzi do jednego – namiętnego romansu Sam i Masona. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko głównemu wątkowi opartemu na seksie. Jeśli jednak autor stara się dokleić do niego poruszającą obyczajową otoczkę, która niewiele wnosi do treści, a ma jedynie aspirować do czegoś, czym powieść nie jest, to powiem krótko – nie ze mną te numery, brunet (czy może bardziej brunetko). 😉

Tijan Meyer pokusiła się na dramatyczne motywy zupełnie niepotrzebnie, bowiem to właśnie erotyczna część książki udała się jej najlepiej. Jakkolwiek płascy nie są Samantha i Mason, to rodzące się pomiędzy nimi pożądanie kipi z każdej strony powieści. Chemia wyczuwalna w relacjach tej dwójki jest silna i bardzo prawdziwa, dlatego „Fallen Crest” potrafi wciągnąć w lekturę pomimo oczywistych braków i niedoróbek tytułu. Erotyczny magnes w nieoczekiwany sposób przykrywa wszystkie niedociągnięcia, a jeśli nawet nie przykrywa, to chociaż pozwala przymknąć na nie oko i kartkować powieść w szaleńczym tempie, w oczekiwaniu na kolejne sceny z udziałem Sam i Masona.

SŁABA OBYCZAJÓWKA , DOBRY EROTYK

Jeśli na początku (podobnie jak ja) będziecie oczekiwać od „Fallen Crest” dobrej historii obyczajowej z domieszką erotyki, to powieść na pewno Was rozczaruje. Fabuła książki jest słaba, a problemy wyolbrzymione i przerysowane. Brakuje ciekawych, wielowarstwowych postaci i konkretnego pomysłu, w związku z czym ścieżka obyczajowa zupełnie się Tijan Meyer nie udała.

Jeśli jednak od pierwszych stron będziecie traktować tę powieść jako młodzieżowy erotyk, to powinien on spełnić wszystkie Wasze oczekiwania. Jest namiętnie, jest gorąco, a jednocześnie nie nazbyt wulgarnie (co w powieści o nastolatkach ma duże znaczenie). O związku Samanthy i Masona czyta się dobrze i z wypiekami na twarzy, a o to właśnie w takich tytułach chodzi. Polecam zatem tę historię osobom, które szukają w lekturze odrobiny pikanterii. Cała reszta czytelników powinna poszukać na księgarskiej półce czegoś innego. 🙂

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ

Odpowiedz

Pola obowiązkowe są oznaczone gwiazdką.Zaznaczone pola są wymagane. *