Dotyk życia i śmierci

„DOTYK ŻYCIA I ŚMIERCI”

Warszawa, leniwa sobota. Jednego dnia losy kilku obcych osób zetkną się ze sobą, powodując lawinę, której nie sposób zatrzymać. Maturzystka w nieplanowanej ciąży. Żona zdradzona przez męża. Dwaj chłopcy uzależnieni od marihuany. Radykalny muzłumanin. Skoncentrowana na karierze singielka. Ratownik medyczny. Mistrz sztuk walki. Bezdomny piesek. Ich wszystkich połączy przypadkowy dotyk, który może nieść zarówno życie, jak i śmierć.

ZNIEKSZTAŁCONY EFEKT MOTYLA

Hmmm… Nie do końca wiem, jak ocenić tę książkę. Historie o nieświadomym wpływaniu na życie drugiego człowieka od zawsze są ciekawym pomysłem, jednak w powieści „Dotyk życia i śmierci” ta idea jest nieco zdeformowana. Nie mamy tu do czynienia z ludzkim zachowaniem, które wywołuje tzw, „efekt motyla”, a z faktycznym dotykiem – zetknięciem palców, uderzeniem w bark. I gdyby ten dotyk rzeczywiście wpływał na decyzje i postanowienia kolejnych bohaterów, to wszystko byłoby w porządku. Tymczasem taka sytuacja ma miejsce tylko w pierwszej historii. Przez resztę książki przypadkowe dotknięcie pełni rolę przełącznika pomiędzy postaciami, ale niewiele zmienia i niewiele do powieści wnosi.

Rozumiem zamysł pana Mateusza Kowalczyka – pokazać, jak zbieg okoliczności może wpłynąć na życie wielu ludzi. Sęk w tym, że w „Dotyku życia i śmierci” nie wpływa tak, jak to sobie wymyślił autor. Zabrakło związku przyczynowo – skutkowego pomiędzy tytułowym dotykiem, a opisywanymi wydarzeniami. To, co się stało, wydarzyłoby się i bez dotyku. Oczywiście bohaterowie i ich dalsze losy są od siebie zależni, jednak nie ze względu na główną ideę powieści (dotyk), tylko z zupełnie innych powodów.

Dotyk życia i śmierci

BRAK ODCIENI SZAROŚCI

Kolejnym problemem książki jest jej czarno – białość. Pan Kowalczyk nie zostawia zbyt wiele miejsca na przemyślenia czytelnika, przedstawiając wszystko jednowymiarowo i dość stereotypowo. Jeśli muzłumanin, to terrorysta, jeśli nieplanowana ciąża, to u nastolatki, jeśli bandyta, to z traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. Trąci to wszystko banałem i mimo, że opowiastki mają duży potencjał (szczególnie ta o zamachu terrorystycznym), to nie został on wykorzystany. Mam wrażenie, że pan Kowalczyk złapał zbyt wiele srok za ogon i nie chcąc żadnej z nich wypuścić, wszystkie potraktował oględnie i najprościej jak się da.

Być może za czarno – biały schemat powieści odpowiada także wykształcenie autora. Jak dowiedziałam się ze skrzydełka książki, jest on technikiem informatykiem, czyli umysłem ścisłym. I tę ścisłość widać wyraźnie na kartach książki. Widać ją nie tylko w fabule opowieści, ale również w używanym przez pana Kowalczyka języku. Brakuje mu miękkości, jest mało plastyczny, dialogi miejscami trącą sztucznością. Gdybym nie wiedziała kto napisał „Dotyk życia i śmierci”, to w ciemno strzelałabym, że autorem jest mężczyzna. Pióro pana Kowalczyka nosi właśnie mocne ślady męskości (jest twarde, proste) i może sprawdziłoby się w książce innego rodzaju, ale tutaj jakoś nie zagrało.

POMYSŁ TO NIE WSZYSTKO

„Dotyk życia i śmierci” to powieść ciekawa. Z ciekawym pomysłem, z ciekawymi bohaterami. Szkoda, że tak mało z tych dobrych pomysłów wyciśnięto, a całość wyszła zdecydowanie zbyt prosto. Pan Mateusz Kowalczyk pole do manewru miał spore, bo wymyślone przez niego wątki ładnie się zazębiają, a historie brzmią bardzo realnie (no może oprócz tej, w której jeden Chińczyk rozwala cały gang – dla mnie to jakiś kosmos). Żałuję, że autor się na tym polu nie do końca odnalazł. 🙁

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Zaznaczone pola są wymagane. *